Portugalia znana i lubiana

 

Położona na krańcu, lub jak inni wolą, na początku Europy, przyciąga swoją niebanalną urodą wszystkich tych, którzy chcą choć na chwilę zwolnić tempo życia, paradoksalnie jednak, nie tracąc nic na jego intensywności.

Nie da się ukryć, że Portugalia jest stosunkowo niewielkim krajem – liczy sobie nieco ponad 10 mln mieszkańców. Tym większe jest zawsze zdziwienie przybywających tu turystów, że na tak małym obszarze, spotkać ich mogą tak różnorodne doznania.

Jakie więc według mnie, są największe atuty tego państwa? O wszystkich w jednym artykule z pewnością napisać się nie da, wybrałem więc kilka, moim zdaniem najważniejszych, dodając kilka uzasadnień. Jest to wybór zupełnie subiektywny, będący zbiorem opowieści, czasami pochodzącymi z portugalskiej historii a czasami z najnowszych czasów. Oczywiście jest ich o wiele więcej – jestem pewien, że każdy z Was mógłby ich wymienić bardzo wiele. Zachęcam więc do wzięcia udziału w konkursie „50 powodów, dla których warto odwiedzić Portugalię„(informacja w linku) . Robiąc to, możecie nie tylko wygrać nagrodę w postaci noclegu w butikowym, lizbońskim hotelu, ale również pomóc fundatorowi tej nagrody, portugalskiej agendzie rządowej, Turismo de Portugal, zrozumieć specyfikę polskiego turysty, docierającego do Portugalii.

Obraz Portugalii i jej największych atutów, wyłaniający się z odpowiedzi już nadesłanych na powyższy konkurs, jest bardzo ciekawy i nasuwa kilka ważnych wniosków. Z pewnością poinformuję o nich po zakończeniu konkursu i po obradach jury, w którym zasiadają m.in. Hanna Lis oraz Lucyna Szymańska, będące wielkimi fankami kraju Camõesa i Pessoi …

 ————————————————————————————————————————————————————————

 

Kuchnia

O najbardziej charakterystycznych elementach portugalskiej kuchni pisałem już wielokrotnie, m.in. tutaj i z pewnością jeszcze nie raz napiszę. W tym artykule chciałem jednak zwrócić uwagę na kilka (wybranych spośród wielu), mniej znanych przykładów portugalskich produktów, bądź miejsc związanych z szeroko pojętym tematem kulinariów.

 

 

Lody u Santiniego

Dom, w którym przyszło mi spędzić parę lat mojego życia, znajdował się w Estoril, morskim kurorcie, położonym niecałe 30 km od Lizbony. Gdybym mieszkał w tym samym miejscu jakieś 50 – 60 lat wcześniej, z pewnością miałbym bardzo oryginalnych sąsiadów.

W promieniu jednego kilometra mieszkali tutaj bowiem były król Rumunii, caryca Bułgarii a także królewska rodzina z Hiszpanii, z jej obecnym królem Janem Karolem. W jednym z hoteli w Estoril spędził parę dni Ignacy Paderewski, francuski reżyser Jean Renoir, czy książę Windsdor ze swoją amerykańską żoną, panią Simpson.

W Cascais, niecałe 3 km dalej, swoją “przystań” znalazł król Włoch, Umberto. Wszyscy oni pojawili się tutaj jako polityczni uciekinierzy bądź to przed nazistami, bądź bezpośrednio w pierwszych latach po II Wojnie Światowej, ratując się przed komunistycznymi reżimami, jakie nastały w ich krajach.

Costa de Sol, czyli Słoneczne Wybrzeże, jak czasami nazywany jest pas plaż ciągnących się od Oeiras do Cascais, w latach 40-tych i 50-tych dorównywał sławą francuskiemu Lazurowemu Wybrzeżu. Za koronowanymi głowami ściągały oczywiście inne ówczesne „jetsety”.

Oprócz pięknych plaż do ich dyspozycji było również sławne kasyno z Estoril (w którym urodził się pomysł napisania pierwszej powieści o Jamesie Bondzie). W szykownym Hotel Palacio w czasach drugiej wojny światowej miały miejsce prawdziwe małe wojny wywiadów nazistów i aliantów. Na prawdziwych dżentelmenów czekało, działające już od 1929 roku, pole golfowe.

Właśnie w tej kosmopolityczno-snobistycznej atmosferze, w roku 1940 na plaży na plaży Tamariz w Estoril, otworzył swoją lodziarnię przybysz z Włoch, Attilio Santini. Naturalnie pojawił się tam od razu, mieszkający w sąsiednim Cascais włoski król Umberto II wraz ze swoimi dziećmi a zaraz za nim hrabia Barcelony z rodziną.

To właśnie oni przyczynili się do tego, że lody Santiniego zdobyły sobie ogromną popularność. Rodziny królewskie do tego stopnia zaprzyjaźniły się z rodziną Santini, że korzystały z mieszkania Włochów (znajdującym się nad usadowioną nad samą plażą lodziarnią) do przebierania się przed wyjściem na plażę. Obecny król Hiszpanii, Jan Karol (hiszp. Juan Carlos), wtedy kilkunastoletni chłopak, nazywany był pieszczotliwie przez Attilo Santiniego Jasiem (hiszp. Juanito).

Oczywiście ta można protekcja nie zdałaby się na nic, gdyby same lody rzeczywiście nie były warte … królestwa. O tym, iż jest tak w rzeczywistości, można przekonać się samemu. Obecnie główna lodziarnia znajduje się w centrum Cascais, otwarto również jej filię na lizbońskim Chiado oraz przy plaży w São João de Estoril.

Receptura lodów nie uległa zmianie od roku 1949. Do ich produkcji używa się wyłącznie naturalnych produktów. Oprócz klasycznych smaków, takich jak śmietankowy, truskawkowy czy czekoladowy, można spróbować również lodów o smaku gorzkiej pomarańczy z czekoladą, cynamonowych, z gorgonzolą czy tangeriną. Osobiście do gustu przypadły mi również ich sorbety – warto spróbować tych o smaku marakui, produkowanych z owoców pochodzących z wyspy Madera.

Przy odrobinie szczęścia, stojąc w kolejce po porcję smakowitych kalorii, można spotkać siostrę króla Hiszpanii, która w Estoril jest regularnym gościem. Innymi amatorami „gelados de Santini” są również Monica Bellucci czy Colin Farrel.

Lodziarnia Santini Chiado- czynna przez cały rok

Rua do Carmo 9,

1200 Lisboa

godz.: codziennie od 10:00 do 24:00

====================================

Lodziarnia Santini Cascais- czynna od IV do X

Av. Valbom, 28 F

2750 Cascais

godz.: wt., śr., czw. od 11:00 do 23:00

pt. i sb. od 11:00 do 24:00

nd. od 11:00 to 20:00

=====================================

Lodziarnia Santini São João do Estoril – czynna od IV do X

Rua Nova da Estação, 5

2765 S. João do Estoril

godz.: wt. do nd. od 14:00 do 19:00

 

Cuda z konserwy

Kiedy słyszymy hasło – puszka, konserwa – wywołuje ono w większości z nas, delikatnie rzecz ujmując, mieszane uczucia. Wielu z nas kojarzą się one ze słusznie minionym czasem, kiedy to ilość oferowanych towarów była mocno ograniczona i trzeba było ratować się tym, co nam socjalistyczna gospodarka łaskawie w danym momencie “rzucała” na sklepowe półki.

foto: www.catavino.net

Oprócz przysłowiowego octu, znajdowały się tam (w chwilach większej szczodrości ówczesnej gospodarki), np. szprotki w oleju, bądź sardynki w zalewie pomidorowej. Zjeść się to oczywiście dawało, jednakowoż dalekie były one od jakiejkolwiek doskonałości.

To co zamykają w konserwach Portugalczycy, nie ma nic wspólnego z tym, opisanym powyżej przypadkiem. Przemysł przetwórczy ma w przypadku tego kraju, tradycje sięgające XIX wieku, a na upartego nawet czasów, kiedy to na terenach obecnej Portugalii, zamieszkiwali starożytni Rzymianie. Łowili i przetwarzali oni tutaj na masową skalę ryby i rozprowadzając je (zakonserwowane w soli, której na tutejszych ziemiach również nie brakuje) po całym cesarstwie rzymskim. Z ryb, głównie sardynek, produkowane było również tzw. garum, czyli uniwersalna przyprawa (o rzeczonych sardynkach więcej dowiecie się tutaj).

Najstarszą (i wciąż działającą) firmą w Europie, zajmującą się produkcją rybnych konserw, jest Ramirez. Powstała ona w 1853 roku. Na początku XX wieku ulepszono technikę produkcji rybnych konserw. Portugalskie produkty były rozprowadzane po całym świecie i nagradzane na międzynarodowych targach, po raz pierwszy już na Wystawie Światowej w 1855 r. w Paryżu.

Po wielu latach sukcesów i potężnej produkcji, w latach 90-tych XX wieku dla portugalskiego przemysłu przetwórczego nadeszło kilkanaście chudszych lat, w wyniku których upadła większość fabryk konserw.

Na szczęście moda na portugalskie konserwy rybne i z owocami morza powraca. Dzieje się tak z co najmniej trzech powodów: kupując niewielką konserwę wydaje się niewielkie pieniądze, zyskując w zamian smaczną i zdrową bazę do przygotowania w szybki sposób nieskomplikowanego posiłku. Zamknięte w puszkach ryby zachowują całe bogactwo smaku i wartości odżywczych, będąc m.in. dużym źródłem kwasów Omega 3, witamin i innych odżywczych składników oraz mikro i makroelementów, pochodzących z morskiej soli. Uczeni twierdzą, że sardynki w konserwie mają mnóstwo witaminy B12 i protein oraz 10 razy więcej wapnia, aniżeli w surowej rybie. Dzieje się tak na skutek procesu żelatynizacji, zachodzącego podczas ich cieplnej obróbki.

Portugalskie konserwy rybne stają się produktem gourmet, podbijając podniebienia smakoszy na całym świecie, m.in. wspomnianego już Anthony Bourdaina.


 

Bardzo dużą popularność zdobyła sobie restauracja Sol e Pesca na Bairro Alto, czy Can the Can, położona przy lizbońskim Praça do Comercio, w których serwuje się dania, których głównym składnikiem są właśnie owoce morza i ryby z puszek! Najnowszym punktem na konserwowej mapie Lizbony jest Loja das Conservas położona przy Rua do Arsenal 130.

Oprócz niewątpliwych walorów smakowych i zdrowotnych, konserwy wabią potencjalnych kupców interesującymi graficznie etykietami. Zdarza się, że kupują oni na pamiątkę z Portugalii niewielką konserwę, zamiast kartki pocztowej – dzieje się tak ze względu na jej ozdobną etykietę, wzorowaną na np. starych opakowaniach z lat 50-tych.

Wszystko o tym, gdzie można kupić konserwy, co z nich przyrządzić, gdzie je spróbować, dowiecie się z bardzo obszernego artykułu na portalu Catavino.net

 

Najlepsza ryba na świecie

Nie udało mi się dociec, który z kulinarnych autorytetów jako pierwszy powiedział owe magiczne zdanie o “najlepszej rybie na świecie”, pochodzącej z Portugalii. Niewątpliwie jednak portugalskimi rybami i owocami morza, zachwycają się i używają w swoich kuchniach najwięksi kucharze na świecie. Przykładem mogą tutaj być: Ferran Adrià, niegdyś właściciel restauracji El Bulli z 3 gwiazdkami Michelin, Thomas Keller – szef nowojorskiej restauracji Per Se, uważanej przez wszystkich znawców tematu za najlepszą restaurację w USA, czy Eric Ripert – szef również obdarzonej trzema gwiazdkami innej nowojorskiej restauracji – Le Bernardin.

 

Ochom i achom nie było również końca podczas wizyt w portugalskich restauracjach podróżnika, kucharza i autora programu kulinarnego “Bez rezerwacji”, Anthony Bourdaina. Portugalskie mariscos (owoce morza) obecne są w najlepszych restauracjach Kanady, Hiszpanii, Francji, czy Rosji.

Skąd bierze się ich popularność? Portugalia, jak wiemy, zwrócona jest ku morzu, posiada kilkaset kilometrów wybrzeża – ponad 900 km w Portugalii kontynentalnej, niecałe 700 km wokół Azorów oraz 250 km wokół wyspy Madera). Dodatkowo morskie dno w tych okolicach jest bardzo urozmaicone. Pełne jest gór i dolin. Wystarczy przypomnieć, znajdujący się 200 km od wybrzeża, podmorski Kanion Nazaré. Sięga on na prawie że 5 km w głąb morskiego dna! (więcej na ten temat przeczytacie tutaj) Takie ukształtowanie terenu sprzyja powstawaniu różnorodnych prądów wodnych a także niższej temperatury wody, co ogólnie mówiąc sprzyja lepszemu rozwijaniu się żyjących tam ryb.

Paradoksalnie do wysokiej jakości poławianych ryb a zwłaszcza ich świeżości, przyczynia się również fakt braku wyspecjalizowanej floty wielkich statków, używanych gdzie indziej do połowów. Są to zazwyczaj wielkie jednostki, wypływające na morze na dłuższy czas. W trakcie rejsu poławiane ryby są trzymane w chłodniach, bądź zamrażane i w takim stanie sprzedawane po powrocie na ląd stały. W przypadku większości portugalskich statków połowowych, są to jednak niewielkie kutry rybackie, wypływające na krótkie rejsy. Ryby i owoce morza, które przywożą, docierają więc na stoły w kilka godzin po ich złowieniu. Trudno o bardziej świeży towar, co jak wiemy, w przypadku tego towaru jest szalenie ważną rzeczą.

 

Wina

Słodka winna trójca

Bogactwo portugalskich szczepów winnych oraz samych win jest, zwłaszcza jak na stosunkowo niewielki kraj, naprawdę przeogromne. Nie sposób ogarnąć tego w jednym, czy nawet kilku artykułach. Dlatego chciałbym się na chwilę zatrzymać przy trzech, mniej lub bardziej znanych portugalskich winach wzmacnianych: porto, maderze i muszkatelu.

Porto to prawdziwa ikona portugalskiego winiarstwa, której nie trzeba przedstawiać nawet winnym laikom. Jest tym, czym szampan dla Francji, whisky dla Szkocji, czy rum dla obszaru Morza Karaibskiego. Do jego międzynarodowej kariery przyczynili się z pewnością Anglicy, dla których popołudnie bez szklaneczki porto było niegdyś (dla niektórych również i dziś) dniem straconym.

Jedną z najbardziej charyzmatycznych postaci, związaną niegdyś z produkcją wina porto była Antonia Ferreira. Ta niezwykła kobieta była jednak nie tylko największą business women portugalskiej gospodarki w XIX w. Dzieliła się swoimi zyskami, fundując szpitale, ochronki, szkoły. Już za życia była uwielbiana przez mieszkańców Régua i okolic. Zmarła w roku 1896, jako właścicielka 20 winnic i niekwestionowana królowa wina porto, przez ludzi nazywana Ferreirinha (zdrobnienie od Ferreira). Więcej o życiu tej niezwykłej, przedsiębiorczej kobiety a także o niezwykłych nieraz historiach … butelek oraz o innym sławnym winie, pochodzącym z Doliny Rzeki Douro, dowiecie się czytając artykuł Douro nie tylko winem płynące.

Stosunkowo mniej wiemy o innym ze wzmacnianych win – maderze. Zapewne nie spodziewaliście się, że do jego kariery przyczynili się piraci … Wino madera odegrało też niewielką ale znaczącą rólkę podczas powstawania pod koniec XVIII wieku nowego państwa – Stanów Zjednoczonych. 9 maja 1768 r. statek Johna Hancoksa (jednego z najbogatszych bostońskich kupców) z ładunkiem madery na pokładzie, został zaaresztowany przez władze portowe. Powodem była odmowa zapłacenia, zbyt wysokiego zdaniem kupca, cła przywozowego. Zajęcie statku przez brytyjskich urzędników spowodowało zamieszki w Bostonie.

Kilka lat później, a dokładnie 4 lipca 1776 r. Thomas Jefferson właśnie szklaneczką madery wzniósł toast po podpisaniu Deklaracji Niepodległości. Słodki trunek był także ulubionym winem Jerzego Washingtona czy Benjamina Franklina. Niewątpliwie czasy świetności madery już minęły – moim zdaniem niesłusznie! Zapraszam więc do zapoznania się bliżej z tym anielskim trunkiem, na wypadek ewentualnej wyprawy na wyspę Maderę, tak popularną ostatnio wśród naszych rodaków … – Madera, wyspiarskie wino.

Najmniej znanym ze szlachetnej, słodkiej trójcy są niewątpliwie portugalskie muszkatele. Moscatel de Setúbal – „pomnik sztuki rolniczej i obiekt narodowej dumy”, „najlepiej strzeżony sekret Portugalii” – to tylko niektóre z określeń nadawanych temu niezwykłemu winu, produkowanemu w niezwykłej scenerii, zaledwie kilkadziesiąt km od Lizbony.

Zobaczmy, co o tym rodzaju wina mówi „Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych”, Władysława Kopalińskiego:

Muszkatel, wino muszkatołowe, nazwa słodkich win deserowych w kolorach od złocistego do ciemnobursztynowego, o bukiecie kwiatowo-korzennym, zbliżonym do smaku i zapachu winogron muskatowych, z których się je produkuje.”

Ten techniczny i suchy opis, zupełnie nie oddaje ogromu bogactwa aromatów i smaków, jakie nosi w sobie portugalski muszkatel. Gwoli prawdzie trzeba zaznaczyć, iż oprócz najsłynniejszego portugalskiego muszkatela, wyrabianego w położonym kilkadziesiąt kilometrów od Lizbony mieście Setúbal, produkuje się jeszcze jeden – w okolicach Favaios. Jednak światową sławę zdobył sobie ten pierwszy, ujmując doskonałym balansem słodyczy, pięknymi aromatami wanilii, rodzynek, karmelu. Więcej o słodkim, winnym sekrecie rodem z Portugalii przeczytacie tutaj.

 

Międzykontynentalny, muzyczny tygiel

Muzyczna Lizbona, jak to słusznie zauważa i podkreśla Marcin Kydryński w swojej audycji Siesta, to przede wszystkim ale jednak nie tylko fado. W mieście, w którym krzyżowały się i nadal krzyżują różne kultury, naturalnym jest, że czasami nawet tuż obok siebie, można usłyszeć i fado i jazz i kabowerdyjską mornę, no i oczywiście brazylijskie rytmy. Jednym słowem – dla każdego coś miłego.

Muzyka to taki sam temat rzeka, jak kuchnia, czy wina. Zmuszony byłem więc wybrać jeden wątek do tego tematu. Wybór w moim przypadku wydawał się dość oczywisty i padł na Beto Betuka. Dlaczego tak się stało? O tym najlepiej powie Wam sam Beto …


Jak zawsze, od momentu kiedy Beto zaprzyjaźnił się z Anną Marią Jopek i Marcinem Kydryńskim, jego kompozycja obecna jest na każdej z ukazujących się co roku płycie z serii Siesta. Na ostatniej, dziewiątej płycie, umieszczony został jeden z moich ulubionych utworów Beto – Pod niebem Lizbony (Sob o ceu de Lisboa). Siesta 9 nie bez kozery nosi tytuł podobny do ostatniej książki Marcina Kydryńskiego – „Lizbona. Muzyka moich ulic”.

Portugalskim muzykiem, którego twórczość bardzo sobie ceniłem, był zmarły tragicznie w ubiegłym roku, pianista Bernardo Sassetti. Był prawnukiem jednego z pierwszych portugalskich prezydentów -  Sidónio Pais.

Tego doskonałego jazzowego kompozytora miałem sposobność słyszeć  kilka razy podczas występów m.in. w legendarnym klubie Ona Jazz na Alfamie. Mnie jednak najbardziej urzekł efekt jego współpracy z legendą fado – Carlosem do Carmo. Fado i jazz spotkały się w połowie drogi, tworząc spójny muzyczny projekt. Moim zdaniem najbliżej mu do tego co my Polacy kochamy szczególnie mocno, czyli poezji śpiewanej.


Wiele niezapomnianych wieczorów spędziłem również w kilku różnych, ale zawsze klimatycznych miejscach, w których koncertowała grupa, grająca brazylijską muzykę – chorinho. Odkryła ją przede mną Mariola Landowska, polska malarka zamieszkująca od lat w Portugalii.

Poniżej zdjęcie z jednego z moich pierwszych koncertów chorinho, mającego miejsce w małym klubie, nieopodal lizbońskiego Zamku św. Jerzego.


Roda do Choro de Lisboa (na pierwszym planie gościnnie Mucio Sa)

Zdjęcia, które robiłem na tych koncertach, zawsze wychodziły niewyraźne. Panował tam zawsze pewien artystyczny nieład i półmrok. Myślę, że oko było również nieco zmęczone, gdyż jak przystało na brazylijskie enklawy, obecna tam była zawsze mocna caipirinha … Zresztą zobaczcie i posłuchajcie sami:

 

Oczywiście, że mówiąc o Portugalii a zwłaszcza Lizbonie, nie może zabraknąć tematu fado. Zawsze jednak powtarzam, że ma ono wiele twarzy. Począwszy od tej odsłanianej odrobinę na potrzeby turystów, poprzez małe ale autentyczne tawerny, w których można spotkać przysłowiową kucharkę, odrywającą się na chwilę od pracy i dającą mini koncert, aż po moją ukochaną Mesa de Frades. Mieszkając kilkanaście metrów od niej, często wślizgiwałem się koło północy do tej zawsze przepełnionej restauracyjki i z kieliszkiem czerwonego vinho da mesa, słuchałem nieraz do późnej nocy niezwykłych popisów wokalnych znajomych i przyjaciół jej właściciela.

 

Portugalskim muzykiem najmłodszego pokolenia, absolutnie wartym uwagi, jest NOISERV. Swoim życiorysem przypomina nieco Beto Betuka – matematyka z wykształcenia. Noiserv ukończył podobnie jak on, techniczną uczelnię, poświęcił się jednak muzyce. Muzyce o specyficznym, elektronicznym brzmieniu, wydobywanym z niekiedy dość dziwnych instrumentów.

 

 

 

Polski turysta w Portugalii

Patrząc już od kilku lat na Portugalię z polskiej perspektywy, dostrzegam jak zmienia się jej obraz w naszym społeczeństwie. Na początku była ona prawie że nikomu nieznanym kierunkiem turystycznego, krajem położonym “gdzieś na końcu Europy”. Sam się dziwiłem mojemu koledze, który znalazł się tam w 1998 roku … Pierwszym krokiem do oswajania Portugalii były polskie tanie linie lotnicze Centralwings.

Niestety ich żywot nie był zbyt długi, wystarczył jednak aby pojawili się tam pierwsi polscy Erazmusi oraz turyści – indywidualiści …  Następnie była polska “inwazja” na Maderę. Stało się tak dzięki kilku odcinkom serialu “Teraz albo nigdy“, rozgrywającego się właśnie na tej pięknej, portugalskiej wyspie. W roku 2009 portugalskie linie lotnicze TAP uruchomiły bezpośrednie połączenie Warszawy z Lizboną. Z pewnością w jakimś stopniu przyczyniło się to do ożywienia ruchu na tej najdłuższej zdaje się linii lotniczej, łączącej dwie stolice, leżące na przeciwległych krańcach Unii Europejskiej.

I tak oto niepostrzeżenie, z turysty egzotycznego (bo za takiego byliśmy przez portugalski przemysł turystyczny postrzegani), staliśmy się dla Portugalii rynkiem o jednym z największych priorytetów.

Ostatnie dane dotyczące preferencyjnych kierunków wyjazdów wakacyjnych wśród polskich turystów:

źródło:
http://www.rp.pl/artykul/940587,1061248-Polscy-turysci-glosuja-na-Egipt.html

Warto tutaj wspomnieć, iż pozycja uzyskana przez Portugalię nie jest bynajmniej wynikiem usilnej akcji promocyjnej, gdyż takowej do tej pory w naszym kraju jeszcze nie było …

Czegóż więc nie wolno przeoczyć, będąc w Portugalii? Z pewnością nie można nie doceniać bogactwa samej Lizbony oraz jej najbliższego sąsiedztwa. Na pytanie ludzi, którzy udają się do Portugalii po raz pierwszy – co powinni zobaczyć, gdzie się zatrzymać, moja odpowiedź jest zawsze taka sama – na pierwsze spotkanie z Portugalią – koniecznie Lizbona! Oprócz bogactwa lizbońskich muzeów, największego w Europie oceanarium, doskonałych restauracji, różnorodnych festiwali oraz możliwości dokonania niebanalnych zakupów, oferuje ona również bardzo różnorodną bazę noclegową. Począwszy od najlepszych hosteli na świecie (link), poprzez prywatne kwatery, mieszczące się niejednokrotnie w samym centrum miasta, w wyremontowanych XVIII – XIX -wiecznych budynkach, aż po szeroką gamę hoteli. O kilku z nich pisałem już tutaj, wciąż jednak przybywają nowe, nietypowe, butikowe obiekty, zadowalające najbardziej wybredne gusta, jak np. najnowszy hotel na Alfamie – Memmo Hotel.

Miałem również okazję spędzić kilka nocy w butikowych hotelach sieci : Hotel da Estrela, założonym w budynku byłej szkoły, czy Hotelu Jeronimos, sąsiadującym z szacownym lizbońskim zabytkiem – Kościołem Hieronimitów w Belem.

 

 

foto: Hotel da Estrela

 

foto: Hotel Jeronimos 8

c.d.n.

więcej interesującej informacji na temat Portugalii na fanpage’u Luzomanii na facebooku